o niechluju

czy mówiłam już, że żyję w bańce mydlanej? magicznie jest się w niej znaleźć, ale te momenty kiedy uzmysławiam sobie, że prawdziwe życie jest obok, im dłużej tu jestem, tym dziwniejsze się stają. w codziennym języku mieszkańców Tofo istnieje nawet ogólnie przyjęte określenie ‘prawdziwy świat’, za którym kryje się wszystko to, co zostawiliśmy za sobą i do czego nie chcemy wracać.

ale jest też Mozambicka codzienność, z którą niektórym w większym stopniu, innym w mniejszym, przychodzi się mierzyć. ta codzienność przynosi wyzwania, które wymagają poświęceń i rezygnacji z dotychczasowych przyzwyczajeń, dostosowania do lokalnej mentalności. częściowo w tej rzeczywistości jestem zanurzona, ale jednak oddziela mnie od niej kolorowa błona bańki mydlanej.

Gito i ja wsiadamy na pakę pick upa. jesteśmy w drodze na wysypisko śmieci w niezbyt odległej miejscowości. dowiedzieliśmy się, że działa tam komercyjny projekt produkcji kompostu. myślimy o tym, żeby podobny koncept wprowadzić w Tofo i dlatego zbieramy wiedzę gdzie się da. może za jakiś czas będzie się czym chwalić. na razie mamy za sobą podróż samochodem, dalej małą łódką przekraczamy zatokę i tak docieramy do Maxixe. i to właśnie tu wsiadamy na pakę pick upa.

chociaż widok to codzienny – gęsto wypakowane ludźmi paki samochodów, to sama rzadko z tego środka transportu korzystam. stąd kiedy zajmuję moje ‘miejsce’ w oku zapala mi się iskra przygody. bo nadal tyle w tym egzotyki. dla tych z kolei, dla których paka jest chlebem powszednim, oto ja swoją białą osobą wniosłam atrakcję i dopytują Gito skąd ona tutaj.  po 10 minutach iskra przygody zamienia się w ból dupy, strugi potu i gorączkowe poszukiwanie odpowiedzi na pytanie dlaczego do cholery jeszcze nie jedziemy skoro i tak więcej nas się tu nie zmieści. zanim ten stan nastąpi i zaćmi mi umysł wpada mi w oko mała bohaterka tego postu.

ta dziewczynka nie może pozostać przeze mnie niezauważona bo ma na sobie ubranie, które nie pochodzi z tej rzeczywistości, tylko z mojej. sukienka komunijna. pamiętam moją tak jakbym miała ją na sobie wczoraj. i mój wianek. butów nie pamiętam. ale za to pamiętam jak bardzo komunia rządziła moją wyobraźnią i jak to właśnie noszenie się w białej ślubnej sukience w wersji mini dawało poczucie doniosłości.

to wszystko przypomina mi się właśnie teraz kiedy przede mną na pace pick upa usadawia się dziecko, które nosi na sobie poszarzałą od brudu sukienkę komunijną. obezwładniająco daleko od teraz zabiera mnie to wspomnienie. 

zapewne sukienka trafiła tu tą samą drogą co większość ubrań – transportem odzieży używanej z pierwszego świata. świecące koraliki się poluzowały a zamek z tyłu już się nie zamyka. i ta dziewczynka tak zapuszczona jak jej sukienka. tak się tego nie nosi, dziecko.

IMG_1180.jpg

O listopadzie roku trzydziestego pierwszego

listopad to miesiąc, który w moim dotychczasowym życiu zapisał się swoją nędzą na tyle dobitnie, że śmiało uznaję, że był jednym z ważniejszych powodów mojej emigracji. w Tofo upływ pór roku i miesięcy odbywa się znacznie dyskretniej i kiedy odkrywam, że zbliża się mój dotychczas najmniej ulubiony miesiąc odczuwam ulgę. po cudownym październiku, nic nie wskazuje na to, żeby listopad miał być jakkolwiek gorszy. chcę to uchwycić. życie absorbuje mnie tu jednak tak mocno, że nie potrafię znaleźć już więcej czasu i energii na pisanie. niech to będzie więc jedno zdjęcie na dzień, niech one opowiedzą o codzienności w listopadzie roku trzydziestego pierwszego.

o przełomie

nie codziennie kończy się trzydzieści lat. konfrontacja planów i wyobrażeń ze stanem bieżącym staje się na tym przełomie moim delikatnym natręctwem. nie chodzi o bilans, ale o wizje.

patrzę w oczy dziewczynce, która maluje nimi siebie w przyszłości. siebie kiedy skończy 30 lat i będzie dorosła, taka jak rodzice.

nie ważyłabym się jej powiedzieć, że bardzo się myli. że bardzo inna się okaże. że znajdzie w sobie silne porywy serca, które będą najważniejsze. niech lepiej nie wie ile wiatrów i fal ją poniesie i ile przy tym czeka ją uniesień czystego piękna życia i totalnego dna zwątpienia.

nie ważyłabym się opowiedzieć temu wrażliwemu dziecku o tym, że w trzydzieste urodziny obudzi się bez męża i dzieci. że obudzi się w drewnianej chacie gdzieś na wybrzeżu wschodniej Afryki i że to miejsce będzie teraz jej domem.

nie miałabym odwagi, żeby próbować przekonywać ją, że śniadanie, które zje tego dnia w ciepłych promieniach wczesnego poranka, przy dźwiękach rozbijających się fal i obserwując głodne po nocy ptaki, będzie dla niej wystarczającym powodem do szczęścia.

to dziecko, które stawia sobie przytłaczającą liczbę pytań, musi samo odbyć tą drogę, żeby zrozumieć czego szuka. poznać parę zakamarków świata i własnego ja, żeby odkryć afirmację życia. zrozumieć, że ta afirmacja jest skarbem i że chce być tam, gdzie ją znajduje.

DCIM100GOPROGOPR0453.

w dniu, w którym dobijam trzydziestego okrążenia wokół Słońca zaczynam nowe. mimo radykalnego przewrotu życiowego, jest spokój. wewnętrzne dziecko nie wrzeszczy, jest mu tu dobrze.

wszystkiego prawdziwego.

o dniu z życia DMT*

*Dive Master to pierwszy profesjonalny stopień w strukturze PADI (światowa organizacja nurkowa). pozwala na pracę w roli asystenta instruktora, samodzielne przewodnictwo grup certyfikowanych nurków i prowadzenie niektórych kursów. w moim przypadku trening otrzymuję w zamian za pracę w centrum nurkowym w ramach 3- miesięcznego stażu.

dzień zaczyna się o wschodzie słońca czyli 5:45. ptaki podnoszą taki raban, że trudno przegapić ten moment. przedziwnych dźwięków, wrzasków i śpiewów orgia.

wygrzebuję się spod moskitiery i z wielkiego łóżka na altanie schodzę na ziemię. a ziemia w mojej chatce wyciosana jest z drewna kokosowego, a ściany są słomiane, za dach robią liście palmowe. w oknach siatki przeciw insektom, szyb brak. czasami w moim domu hula wiatr. nierzadko nie ma prądu, różnie bywa też z wodą. częstymi gośćmi są gekony, rezyduje ze mną co najmniej jeden szczur, przyjaźnię się z pewnym rudym kociątkiem, które być może kiedyś odpłaci mi się za opiekę i zdejmie ze mnie ciężar pozbycia się szczura.

nie ma czasu na kontemplację początku dnia. centrum nurkowe to jedno z nielicznych miejsc gdzie nie uznaje się afrykańskiego czasu. punktualność jest bezwzględnie egzekwowana od DMT (Dive Master Treinee). zachowuję odrobinę przyzwyczajeń mieszczucha i nie opuszczam domu bez kawy na wynos. zasuwam po piaszczystej drodze, chociaż słońce dopiero wstało już zdążyło ogrzać piach i mnie też zdąży wygrzać zanim dojdę do pracy. w Mozambiku właśnie zaczyna się wiosna. z tą znaną z polskiej codzienności wspólnego ma niewiele, może tyle, że lubi zamącić i przynosi przekorny wiatr.


DCIM227GOPRO DCIM227GOPRO
to wszystko dzieje się szybko: otwieramy bazę, ogarniamy plan na nowy dzień, przygotowujemy butle z powietrzem i odpowiedni sprzęt dla klientów. zaraz zjawiają się oni – nurkowie. większość wie dobrze co robi. warunki w Tofo rzadko kiedy przypominają te w Morzu Czerwonym czy na Karaibach, to miejsce przyciąga doświadczonych i żądnych przygód nurków. ale to nie reguła, są i tacy, którzy tu zdobywają umiejętności, tacy, którzy muszą je odkurzyć i tacy, którym na boga nie wiem o co chodzi. moim zadaniem jest nad nimi wszystkimi czuwać.

każda nurkująca grupa prowadzona jest przez lidera i zamykana przez ‚zamiatającego’. jedno z nas przeprowadza briefing czyli opowiada jak będzie przebiegała wyprawa, naszych zasadach i o tym czego można spodziewać się na głębokości. lubię briefingi, to tu buduje się dynamika grupy. widać kto jest niepewny, kto nie ma pojęcia co jest grane, a kto jest radośnie podekscytowany. czasami to ja briefuję, a czasami stoję z boku i sonduję z kim mam do czynienia. wbijamy się w pianki. moja rzadko kiedy zdąży wyschnąć zanim znowu ma mi służyć.

z bazy po krzywych stromych schodach w dół na plażę. na plaży misja przepchnięcia łodzi przez pierwszą linię fal i wbitka na burtę.

za te momenty kocham żyć. poranne słońce odbija się od tafli wody. ocean nigdy nie jest taki sam: czasami jest jak lustro, czasami wzburzony, codziennie ma inny odcień błękitu, zawsze piękny. nie jestem zbyt towarzyska w tych momentach, siadam na przedniej burcie i zajmuję zachwytem. wypatruję witających dzień wielorybów, delfinów, tuńczyków, żółwi, albatrosów. często zatrzymujemy się żeby przyjrzeć bliżej humbakom. niedawno narodzone wielorybiątka podpatrują mamy i próbują pierwszych wyskoków z wody.

podróż na niektóre rafy trwa do 40 minut, wielu przyprawia o solidną chorobę morską. divemaster musi się szybko przystosować do bujania; jedną z funkcji jest kontrola sytuacji na łódce. nie ma tu miejsca na niezdarność, z którą często w codziennym życiu się borykam. podaję, podtrzymuję, pomagam, podnoszę i zachowuję równowagę, na ogół. na koniec sama siebie obsługuję. skipper nawiguje do punktu gdzie chcemy wylądować pod wodą, 100 m- maski na twarz, 50m- regulatory w prawej ręce, 20m regulatory w ustach, 3..2..1…go!

fikołek do tyłu i schodzimy w dół. podróż w nieznane. powierzchnia i głębia oceanu to oddzielne światy. powierzchnia może być gładka i łagodna, a tam na dole szalony prąd i widoczność przypominająca burzę śnieżną. albo na powierzchni warunki prawie sztormowe, nasi klienci blado- zieloni od choroby morskiej i przerażenia, a kiedy już lądujemy na dnie oceanu otacza nas nieskazitelny błękit i błogi spokój. prawie zawsze towarzyszy nam akompaniament śpiewu wielorybów.

lista moich ulubionych bohaterów jest długa i ulega częstym modyfikacjom. nieustannie w czołówce są manty. wdzięk i spokój z jakim poruszają się te latające dywany ma w sobie boski pierwiastek. obserwując ich powolne, doskonale zrównoważone posunięcia ogarnia mnie tęsknota za tym, żeby ten ludzki świat mógł być równie łagodny.

fascynują mnie ośmiornice. ci przybysze z kosmosu są tak dziwni, że trudno za nimi nadążyć. zmiana kolorów i przebiegłe prześlizgiwanie się po rafie to ich popisowe numery. nie próbuję też kozaczyć, kiedy mówię o miłości do rekinów. piękne, szybkie, dostojne to ryby. podobno nie przepadają za bąbelkami powietrza, dlatego unikają konfrontacji z nurkami. nadal nie miałam przyjemności z rezydującymi tu rekinami młotami. przytrafiła mi się za to konfrontacja, która wielu jeszcze niedawno twierdziło, że już nie jest tu możliwa. żarłacz biały. tak, ten ze „Szczęk”. jeszcze nie zdążyliśmy się przestraszyć, a już odpłynął.

oferta oceanu zdaje się być niewyczerpana. z zatoki, w której znajduje się wioska Tofo zabieramy klientów do około 15 różnych raf na nurkowanie. po tygodniach eksploracji zdobywam względną orientację w większości z nich. podobnie jak na lądzie przechodząc wielokrotnie tą samą drogą, orientuję się kto zamieszkuje, który dom, tak pod wodą wiem już, która dziupla okupowana jest przez zabawne pasiaste krewetki, w którym wyżłobieniu lubi przesiadywać żółw, gdzie wypatrywać długich anten ogromnych homarów, czy gdzie przyczaiła się mistrzyni kamuflażu – frog fish.

nie zawsze jednak jest mi dane podglądać życie oceanu. zdarzają się nurkowania, kiedy moje obserwacje sprowadzają się do czujnego przyglądania się nieogarniających sytuacji nurków. repertuar błędów i głupot, które ludzie popełniają pod wodą jest dość powtarzalny i niewiele trzeba, żeby uratować z opresji. mimo, że pod wodą dużo bardziej lubię manty niż ludzi, to i te nurkowania przynoszą sporo satysfakcji. większość ludzi przecenia otrzymaną pomoc i wynosi divemastera do roli superbohatera. lepiej nie upajać się tym za bardzo, bo w tym fachu równie łatwo o spektakularną kompromitację.

droga powrotna z nurkowania to zawsze kolejne oceaniczne safari i szansa na konfrontacje. owacje zdobywa ten kto wypatrzy rekina wielorybiego. często przypada mi w udziale prowadzenie specjalnych wypraw w celu ich namierzenia. najczęściej kręcą się po powierzchni, dlatego nie trzeba być nurkiem, żeby móc się z nimi pozadawać. niektóre okazy tu w Tofo sięgają około 9 metrów. tak wielkie, że nikt im w oceanie nie podskakuje. suną więc przed siebie z rozdziawioną paszczą pochłaniając plankton, nie bardzo bacząc na to, co dzieje się dookoła. bardzo mała czuję się stając w oko w oko z takim olbrzymem, ale zaglądając w to oko, nie dostrzegam niczego specjalnie intrygującego. piękne, acz niezbyt mądre to ryby.

praca w diveshopie to nie tylko nurkowanie na rafie. prowadzenie wypraw snorkelingowych i zmiany w biurze to też część mojego przydziału. godziny w biurze to czas na przerobienie teoretycznej części kursu. do uzyskania stopnia divemastera trzeba zaliczyć kolejne etapy treningu. umiejętności z zakresu ratownictwa, asystowania przy kursach dla początkujących, umiejętności techniczne i sprawność fizyczna wchodzą w jego skład. dlatego zdarzają się dni, kiedy dzień spędzony pod wodą to dzień w basenie. ekscytujące, ale umiarkowanie.

DCIM227GOPROdzień pracy kończy się między 16 a 17. im bliżej lata, tym dłuższy dzień – mam jeszcze godzinę – dwie cieszenia się słońcem. w pierwszychtygodniach stażu jedyne czym mogłam się cieszyć po pracy był pełen żołądek i łóżko. forma znacznie się poprawiła i z pracy zbiegam na plażę. zwykle to właśnie o tej porze są najlepsze fale. surfing przy zachodzącym słońcu – lubię tak żegnać dzień. jeśli warunki są słabe, wcale niezłą alternatywą jest spacer. towarzyszy nam banda najszczęśliwszych psów świata, które galopują bez pamięci przed siebie goniąc albatrosy i fale.

 

DCIM227GOPRODCIM227GOPRO

po paru tygodniach w Tofo i przyswojeniu kilku słów po portugalsku, lokalni chłopcy odpuszczają sobie próby wmelenia mi bransoletki z muszelek, a ceny spadają o połowę. na rynku moja pani odkłada dla mnie awokado, papaję, pasiflorę, powoli rozręca się sezon mango. na wielkim głodzie po całym dniu w oceanie zwykle nie donoszę do domu torby nerkowców.DCIM227GOPRO

jednym z miejsc wieczornych spotkań jest pizzeria prowadzona przez radosnego Serba. poza najlepszą pizzą w mieście, Branko serwuje ‘hot rock’ czyli rozżarzoną do czerwoności cegłę, na której sami smażymy świeże kalmary czy tuńczyka. spora grupa ekspatów z całego świata sprawia, że trudno wieczorami o solidny odpoczynek. kolacje, odwiedziny, celebracje.

tak wypełnione dni DMT mijają szybko. sporo wyzwań, trochę stresu, dużo błękitu, błogości, okrzyków radości, które same wyrywają się z ust. wszystko zwieńczone przyjemnym zmęczeniem. bo te dni są naprawdę przeżyte.

O TYM CO POWIEDZIAŁY MI HUMBAKI

w poszukiwaniu niecodzienności przenoszę się do Mozambiku. wypadkowa intuicji z niezbyt wnikliwym przetrząsaniem internetu i wypytywaniem zadecydowały o tym, że jest to maleńkie Tofo położone na południowym wybrzeżu. i to tu jest mój kawałek nieba. a niebo, jestem tego pewna, znajduje się pod wodą.

spodziewałam się i żyłam nadzieją, że w Tofo uda mi się może zobaczyć wieloryba. rozmawiałam kilka razy wcześniej z osobami, które widziały je już kiedyś i zawsze marzyłam, że do mnie też machnie gdzieś kiedyś płetwą. już pierwsze wypłynięcie w ocean sprawia, że dociera do mnie, że jestem w miejscu, gdzie spotkają mnie sytuacje, które przewrócą mój świat do góry nogami.

setki wielorybów odbywają tędy wędrówkę z zimnej acz bogatej w kryl Arktyki na północ ku ciepłym i bezpiecznym równikowym wodom, gdzie wykarmiają w inkubatoryjnych warunkach potomstwo i płodzą następne pokolenia. lipiec to zatem czas kiedy wszystkie jak jeden mąż płyną tędy na północ, we wrześniu/ październiku wewnętrzny imperatyw każe im wracać na południe.

po 22 dniach w Tofo widziałam ich dziesiątki. widziałam jak z gracją baletnicy wynurzają swoje ogromne cielska, dokonują półobrotu w powietrzu i spadają do wody dokonując rozbryzgu, który widoczny jest na setki metrów. opływają naszą łódkę, wychylają paszcze, machają płetwami, tłuką ogonami o powierzchnię, wszystko w odległości kilku metrów. widziałam wielką mamę a obok niej małe wielorybiątko. słyszałam wielorybią pieśń pod wodą w czasie nurkowania. czasami wydaje się ona nieskończenie smutna, czasami dźwięk jest tak intensywny, że wibruje we mnie. 22 dni w Tofo wypełniły liczne wielorybie wzruszenia, każda kolejna konfrontacja jeszcze bardziej emocjonująca od poprzedniej, bo są jeszcze bliżej, bo jeszcze ich więcej, pokazały jeszcze bardziej imponujący trik. ale tak naprawdę wystarczy, że humbak tylko trochę się wynurza i za każdym razem ogarnia mnie stan błogosławiony.

Screen Shot 2014-07-24 at 18.28.19

i wtedy następuje dzień dwudziesty trzeci. nurkujemy na około 20 metrach, kiedy widzimy je po raz pierwszy. ogromny cień nad nami, który zdaje się przysłaniać wszystko. później rozpoznawalne stają się dwie sylwetki, które powoli nurkują nieco powyżej naszej głębokości i odpływają. szczęście rozsadza, nie wiadomo jak to udźwignąć. to było najpiękniejsze na świecie i teraz tak nas z tym zostawiły.obściskujemy się pod wodą i wiwatujemy na tyle, na ile pozwala regulator w ustach.

płyniemy dalej. o żółw. piękny nieduży żółw, leniwie płynie w naszym kierunku, dobrze cię widzieć żółwiu. próbujemy nadać mu właściwą rangę i nie bagatelizować jego obecności mimo tego co przed chwilą nas spotkało. ale wtedy wszystko zaczyna ogarniać cień. to ten sam cień, nasze wieloryby wzięły głębokie wdechy i wróciły. tym razem to już nie jest przypadek, nie wpadliśmy na siebie, przypłynęły, żeby nas dobrze sobie obejrzeć. ta sytuacja trwa kilkanaście minut: wieloryby zataczają wokół nas kółka, okręcają się dookoła, podpływają na wyciągnięcie ręki. masywne cielska i te dwie płetwy, jakby kikuty, czasami wydają się niezdarnie przyczepione do reszty, ale one są kikutami doskonałymi i decydują o tym, że można jednocześnie być istotą o największej na świecie masie i gracji.

Screen Shot 2014-07-23 at 22.40.24

staram się jak mogę kontrolować oddech, żeby móc zostać z nimi jak najdłużej, ale to na nic, emocje sprawiają, że pochłaniam powietrze jak odkurzacz. humbaki towarzyszą nam do końca, wznoszą się z nami na poziom 5 metrów, gdzie nadal opływają nas w czasie safety stop. już na powierzchni wynurzają grzbiety na pożegnanie.

próbuję przyswoić jakoś sobie to, co się wydarzyło. zdecydowanie stąd do snu, niż jakiegokolwiek ziemskiego przeżycia. trudno wrócić stąd na świat, jestem na wielorybim haju.

spokojne, dostojne, oniryczne humbakowe ruchy w podwodnym świecie Tofo opowiedziały mi dużo o życiu. więcej niż jakiekolwiek słowa są w stanie przekazać. dlatego porzucam już daremną próbę opowiedzenia o tym co powiedziały mi humbaki.

 

Screen Shot 2014-07-23 at 22.43.58 Screen Shot 2014-07-23 at 22.52.11

o wschodniości

jako dziecko późnej komuny, przez większość życia wzrok tęsknie kierowałam na zachód. jako Polka aspirowałam do tego, żeby nie wyróżniać się spośród zachodnich rówieśników. chyba mniej więcej mi się to udało.

ale ostatnio coraz częściej odpowiadając na pytanie skąd jestem, słyszę: cool! I love Poland. na początku się dziwiłam, dopytywałam. chyba już wiem o co chodzi. trochę o folklor, trochę o gościnność, niskie ceny, zabawne sytuacje i absurdy. oraz o wódkę. zachodni turysta spotyka w Polsce zbliżone standardy do własnych, a jednocześnie czuje się swobodniej, bo tu jakoś tak bardziej dziko. kulturalnie też coraz więcej się dzieje. wschodniość nabiera na wartości.

po raz pierwszy decyduję się przekroczyć tą granicę. zobaczyć niedaleki wschód, ten za miedzą. jeszcze bardziej wschodnią Europę.

w Rydze czuję się trochę tak, jakby przyszło mi oglądać mój kraj oczami outsidera. sporo nas różni, ale też mamy wiele wspólnego. stąd DSCF1936dużo bliżej do Rosji. słyszę brzmienie języka, bo chociaż podobny to nie rozumiem. to jak podróż w czasie, o parę lat do tyłu. widać, że nie mieli tu Euro. ale za to hitlerowcy nie zrównali ich kamienic i zabytków z ziemią. tak jak i my zostali natomiast wspaniałomyślnie obdarowani przez sowietów Pałacem Kultury. inaczej, ale podobnie. bardziej wschodnio.

ta konfrontacja sprawia, że przypominam sobie skąd marzenie o tym, żeby być jak z zachodu. zanim myśl rozwinę, zastrzegam, że Ryga pięknym miastem jest, a ten wywód dotyczy mojego bardzo subiektywnego postrzegania wschodniości. a dostrzegam przede wszystkim to, co odstaje.

obrzygane chodniki. najlepiej w ogóle nie patrzeć w dół. specjalnie nie dziwi widok kobiety, która gdzieś między przechodzącym tłumem zdejmuje swojemu synkowi spodnie, a synek zaczyna na chodnik siusiać. przy czym prym w obrzydliwości wiodą przejścia podziemne, właściwie to zasługują na własny podpunkt.

PRZEJŚCIA PODZIEMNE.

targ w centrum miasta. to lubię. tu toczy się dużo bardziej autentyczny handel niż ten zachodni. owoce i warzywa wyglądają pysznie; kolorowo, świeżo, zdrowo. nie jak w supermarkecie. a panie straganowe jedyne w swoim rodzaju.

DSCF1932

faszyn from raszyn. nic tylko zająć dobre miejsce na jednym z przelotowych miejsc i przecierać oczy z zadziwienia. niby nie dyskutuje się o gustach. dlatego powiem tylko, że te kreacje są wyjątkowe. taki przepych w zestawieniach wzorów, kolorów i krojów – tylko na wschodzie. (tym, którzy chcą przestudiować przykłady stylu, polecam bloga o tym samym tytule co ten podpunkt)

a w ryj chcesz?! czyli zanim o coś spytasz przeproś i podziękuj, że mogłeś przeprosić. nie żeby tacy wszyscy byli, ale zdarza się. i to kilka razy w ciągu dnia. a to dużo za dużo. chociaż faktycznie – proszenie o możliwość umycia rąk w restauracji, w której nic się nie zamówiło powinno w zasadzie być karalne. upiekło mi się, że nie splunęła na mnie.

pączkujące hipsterstwo. miejscami jeszcze w folię zapakowane. tuż obok targu tworzy się nowa, trochę artystyczna, ale bardziej snobistyczna dzielnica. Lonely planet nazywa ją hipsterską. widać, że taka ma się kiedyś stać. tylko, że nikogo tu nie ma. wszystko (jeszcze?) pozamykane. jeszcze nie gotowe.

DSCF1939

wieczne remonty. gdybym była skąd inąd pewnie pomyślałabym, że akurat miałam pecha. ale ja wiem – te remonty się nigdy nie kończą. po pół roku prac wyczyszczą jedną wieżę, przez następne pół będą czyścić kolejną, a jak już wyczyszczą wszystkie, to DSCF1941trzeba będzie zacząć od nowa, bo już się wybrudziły. dlatego wszechobecne siatki zasłaniają zabytki. a na nich reklama wspaniałomyślnego sponsora.

Łotwa jak daleko jej pamięć sięga była zawsze nękana przez Rosję. może to lepiej, że Polska miała jeszcze do tego Niemcy. że zajęliśmy przestrzeń między Dostojewskim a Gothem, między ornungiem a gimelą, oportunizmem a krnąbrnością. może jesteśmy przez to dziwni, stojący w rozkroku. ale chciałabym wierzyć, że to unikalna jakość. 

nie jestem ani ze wschodu, ani z zachodu.

o domku zaskakująco dryfującym

tu w Oslo jest najdrożej na świecie. zwykle to wyrażenie pełni funkcję emfazy – możliwe, że tym razem to prawda.

Norwegowie mają mniej więcej po równo dużo, ale ci którzy mają trochę więcej, chętnie zajmują nadmorską przestrzeń miasta. portowe Aker Brygge to ulubione miejsce schadzek posiadaczy domniemanych przez mnie fortun odzianych w oznaczone luksusowymi znaczkami ciuchy. pracowałam tu na początku moich dorobkowych zmagań. w restauracji z pięknym widokiem i o obrzydliwie wysokich cenach. działo się to niedługo po moim powrocie z wolontariatu w Gwatemali i było skrajnym doświadczeniem nierówności tego świata. ale to absolutny margines tej historii.

za Aker Brygge linię brzegową zajmują przystanie, promy, zamek Akershus, trochę industrialnego nieładu, aż wreszcie zatoka i wielka opera. jestem uwiedziona tym budynkiem.  to hołd dla sztuki i sztuka sama w sobie. bryła o ostrych konturach, trochę góra lodowa, ale nie trzeba mieć pingwinich zdolności, żeby na nią wleźć. to taka opera, na której dachu można urządzić sobie piknik. wnętrze nawiązuje do groty norweskiego trolla i jest miejscem przytulnym. drewniane wykończenia dają przyjemne ciepło, które jest dla mnie nowym doświadczeniem opery. budynek fascynująco łączący poziomy idei, estetyki i funkcjonalności. oto design.

za operą roztacza się spore pobojowisko, wielki plac budowy. przy akompaniamencie polskich przekleństw powstaje tu nowe muzeum Muncha i biblioteka. stawianie tych budynków akurat w tym miejscu stanowi całkiem czytelny przekaz w co się tu inwestuje (albo w co ma się wydawać, że się inwestuje). za pobojowiskiem nowe bloki mieszkalne, osiedle pięknie położone, luksusowe, ale wyjątkowo estetycznie spieprzone.

cała ta przestrzeń, którą próbuję naszkicować to taki pas lądu, gdzie grunt wart jest kosmiczne pieniądze. i wszystko podlega ścisłemu planowaniu.

50_theisle-web1060160ale. w tej wielce uregulowanej przestrzeni znalazł się element zaskoczenia. między elitarnym osiedlem mieszkalnym a ultra nowoczesną operą dryfuje w zatoce malutki drewniany domek. taki to trochę domek jak wielu Norwegów posiada gdzieś w górach. tyle, że zminiaturyzowany i uproszczony. jest w nim piętrowe łóżko, stolik, dwa krzesła, parę książek na półce, baniak z wodą i miska. obok niego wychodek z technologią spalającą wychodkowe produkty. dopływa się do domku łódką wiosłową i można tu zamieszkać na jedną noc zupełnie za darmo. trzeba tylko w porę zarezerwować, bo chętnych sporo.

za pomysł, projekt i wykonanie The Isle odpowiedzialny jest niemiecki artysta Pfelder. tak się złożyło, że przez miesiąc dryfowania domku na oslowskim wybrzeżu jestem częścią tego performencu i codziennie dowiosłowuję, żeby upewnić się, że ma się on dobrze.

przez pierwsze dni istnienie domku mówi do mnie głównie o zaufaniu. może jestem przesadnie krytyczna w stosunku do własnego kraju, ale nie mogę sobie wyobrazić funkcjonowania podobnego projektu w Polsce. widzę mnóstwo czarnych scenariuszy; skradzioną łódkę, zatopioną kłódkę, zdemolowany domek i inne fantazyjne formy wandalizmu. fascynuje mnie, że tu nikt nie bierze pod uwagę, że coś podobnego mogłoby się wydarzyć. i rzeczywiście, goście, którzy rezerwują sobie tu darmowy nocleg z szacunkiem traktują ten nietypowy hotel. zostawiają pełne zachwytów wpisy w książce gości i nigdy żadnego syfu. to w sumie takie proste i oczywiste, a jednak niebywałe.

50_theisle-web106017950_theisle-web1060080_v4

 

 

 

 

 

 

później domek zaczyna być dla mnie opowieścią o prostocie. pochwałą tego, co kultura zachodnia zakrzyczała. paredziesiąt machnięć wiosłami pozwala znaleźć się w miejscu skrajnie różnym od miejskiej rzeczywistości. bo bez prądu, bo jest tu tylko to, co niezbędne. brak rozpraszaczy na kilku metrach kwadratowych może okazać się błogosławionym stanem albo nieznośną pustką dla człowieka wysoce ucywilizowanego.

nowy wymiar interpretacyjny otwierają przede mną rozmowy z Pfelderem. dla niego jego projekt jest aktem rebelianckim.

This free space can be seen as the potential for an alternative that can access and occupy public space as a counter to the urban re-development strategies prevalent in the processes in Oslo´s inner city. 

domek wypłynął w ultra nowoczesną i zorganizowaną przestrzeń. nikogo nie wykpił, niczego nie obraził, ani nie zniszczył. a jednak sporo zakwestionował.

DSCF167450_theisle-web105097150_theisle-web1060017

o niepokornym wulkanu zdobywaniu

jest w indonezyjskim krajobrazie coś, co nie pozwala mi spokojnie cieszyć się tym, co najbardziej mnie tu przyciąga czyli oceanem. wulkany. nieduże wyspy, a jednak mieszczą się na nich te masywne góry pełne mocy.

pierwsze doświadczenie na Bali nie było pozytywne, tamtejszy Batur jest rozdeptywany przez turystów, a bardziej potężny Agun – w porze deszczowej niedostępny. tamtejsze wulkany nie mącą jednak już spokoju.

rajskie wyspy są na dłuższą metę nieznośnie nudne. trudno dbając o budżet codziennie nurkować, a plaża z białym piaseczkiem i turkusową wodą szybko przestaje być atrakcją samą w sobie. dlatego to, co na początku wydaje się odległe i nieistotne wkrótce staje się pokusą nie do odparcia. wyspa Lombok i wielki wulkan Rinjani. te wyzywające kształty każą nam porzucić rajkie życie na rzecz ciężkiego wysiłku, zmagań z dżunglą, brudu, niewygód i litrów potu.

cała sprawa jest od początku podejrzana. facet, któremu zapodajemy temat – chcemy wejść o tam – jest gotów zorganizować wyprawę już zaraz. później zaczyna się kręcenie i tak już zostaje do samego końca. przetransportowują nas z Gili na Lombok, do stóp wielkiego Rinjani. poznajemy lokalnego organizatora ekspedycji, który trudno rozszyfrować czy udaje idiotę czy nim jest, czy to tylko jego trzy po trzy angielski każe nam wątpić w jego inteligencję. podejmujemy prywatne śledztwo. wykazuje ono, że park narodowy, którym objęta jest strefa wulkanu, jest w porze deszczowej, oficjalnie trwającej do końca marca, zamknięty. a misją naszej wyprawy ma być nie tylko zdobycie wulkanu, ale też zrobienie tego tak, żeby nie złapała nas policja.

– słyszałyśmy, że park jest zamknięty i że to nielegalne, żeby teraz tam wchodzić.
– tak, jutro o 5:30 śniadanie, a później pójdziecie.
– ale czy w związku z porą deszczową to bezpieczne?
– nie deszcz nie, słońce!
– ale my się martwimy, że jak coś się stanie…
– don’t worry be happy!

na tym poziomie merytorycznym toczą się kolejne rozmowy z człowiekiem, któremu zamierzamy powierzyć nasze bezpieczeństwo. w długich dyskusjach padają liczne poważne argumenty za tym, żeby odpowiedzialnie zrezygnować z wyprawy, a jako ich kontrargumenty jedynie pełne emocji ale ja chcę na wulkan. no to w drogę.

to grubo zorganizowana akcja przemycania turystów na górę. jest nas około dwudziestu osób. do tego cały zastęp tragarzy, którzy na kijach z bambusa niosą zapas pożywienia i sprzęt biwakowy na dwa dni. większość z nich jako obuwie trekkingowe ma znoszone japonki. omijamy w ciemnościach kolejne zamknięte szlabany i zaczynamy mordercze podejście.

w sezonie możliwa jest 3-dniowa wyprawa, w czasie której zdobywa się sam szczyt Rinjani czyli 3726 mnpm. teraz jest to z jakiegoś powodu niemożliwe nawet dla takich spryciarzy jak nasz menadżer. celem jest wypełniony jeziorem krater na 2600 mnpm. zważywszy, że zaczynamy na 400 mnpm – jest co robić.

1hardkorowe podejście zaczynamy przez dżunglę. spotykamy tylko dwóch schodzących z góry Amerykanów w towarzystwie tragarza i przewodnika. oni usłyszeli nadchodzącą straż w czasie postoju. ukryli się w parzących zaroślach, gdzie musieli przeczekać, aż tamci odbędą swój postój. utwierdzają nas w tym o czym przekonują lokalni przewodnicy – policji nie ma już na szlaku. na poziomie 2000 m krajobraz nie przypomina już tropików, a gdzieś na pograniczu tych światów czekają na nas małpy w pełnej gotowości do rabunku.

21

mieszanka adrenaliny, ambicji i woli, nie pozwala przyznać mi się przed sobą, że to nie na moją bieżącą formę. przechodzę chwile fizycznego załamania, ale to tylko dodaje słodyczy ostatecznemu zwycięstwu na szczycie. absolutnie upajam się tym zwycięstwem przy zachodzie słońca. z jednej strony krater wulkanu, z drugiej widok na ocean, malutkie trzy wyspy siostry Gili, a dalej Bali, z którego zadziornie wybijają się wulkany. pode mną chmury. (tak, to ja na tym zdjęciu).

P1010880

8

w nocy hula lodowaty wiatr. przyświecają tysiące gwiazd. w namiocie zimno i niewygodnie, trzeba raczej tą noc przeczekać niż przespać, doczekać cudu wschodu słońca.

12przy zejściu, trudno uwierzyć, że się weszło. przewodnik pogania nas i nie daje odpocząć nogom pod pretekstem zbliżającej się chmury deszczowej. na dole okazuje się, że dostał cynk o zbliżających się strażnikach i w pośpiechu wrzucają nas na pakę samochodu. ta misja też zwycięska.

o tym jak bardzo przeholowałyśmy przekonujemy się już po wszystkim, kiedy wycieńczone wysiłkiem ciała nie mają siły bronić się przed tym co dookoła. łapiemy chyba wszystkie dostępne w okolicy infekcje. a zakwasy niemalże wyciskają łzy, kiedy tylko się podnoszę. potrzeba jednak więcej szacunku dla wielkiego Rinjani.

 

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

o małych tropikalnych wyspach i pragnieniach

przypomniało mi się, jakie miejsca lubię chyba najbardziej na świecie: nieduże, możliwie mało popularne, ciche (najlepiej, kiedy zabroniony jest ruch silnikowy) tropikalne wyspy. z pozoru nie jest to zbyt oryginalne zamiłowanie. takie wyspy często pojawiają się na wygaszaczach ekranów komputerów w biurach. sama też kiedyś odpływałam na nie myślami zamiast pilnie pisać prezentacje. pojawia się pytanie: kto by nie lubił? ale jedną z zadziwiających mnie właściwości ludzi jest fakt, że lubią siedzieć na przysłowiowej kupie. dlatego szczęśliwie odnajduje te miejsca. miejsca, w których chcę zostać i współistnieć z nimi.

Gili Air to moja bieżąca wyspa. spełnia sporo kryteriów, bo jest naprawdę malutka – można ją obejść dookoła w godzinę. nie ma tu samochodów ani nawet skuterów i jest oczywiście tropikalna. czyli tak, sporo tu widoków niczym z wygaszacza. położona rzut beretem od dużego Lomboku, Gili Air ma dwie wyspy siostry, które są podobnie małe, a różnią się poziomem infrastruktury turystycznej. Gili T to najbardziej puszczalska z sióstr. można się tu poczuć trochę jak w sezonie w Mielnie. to przykład tego, jak źle może skończyć mała tropikalna wyspa, kiedy dowie się o niej za dużo ludzi lubiących siedzieć na kupie. Gili M jest trochę zbyt nieśmiała. dlatego Gili Air. widać w niej pewne zapędy, żeby podążyć śladami Gili T, ale to jeszcze dość niewinne podrygi. można spędzać tu dni snorklując, nurkując, ćwicząc jogę, jedząc świeże ryby, popijając sokiem ze świeżych owoców, nie siedząc przy tym na kupie.

DSCF1337

P1010732

 

 

 

 

coś mnie tu jednak uwiera. są to wyspy, które w imię wątpliwego postępu, jaki przynosi rozwój turystki zatańczą, jak im się zaśpiewa. zwykłe lokalne życie zamieniło się w permanentną obsługę disneylandu.

sama jestem jednym z trybików tej machiny, co obserwuję ze smutkiem. ale jednocześnie nie zgadzam się z potępieniem turystyki. to, co bije po oczach pod wodami Gili, to przeraźliwie zrujnowane rafy koralowe. o dziwo, sporo tu jeszcze pięknych i rzadkich ryb, żółwi i rekinów, ale rafa przypomina cmentarzysko. turystyka podwodna wydaje się być jedynym sposobem na powstrzymanie tej degradacji. może i złowicie dzisiaj kilka ryb więcej, jeśli przyczaicie się na nie z granatem, ale wysadzając swoje rafy odbieracie swoim rybom pożywienie, a turystom ważny powód, żeby przyjechać do was wydać swoje dolary. to, że ich ochrona zacznie się wyraźnie opłacać, to ostatnia nadzieja dla mant, żółwi, mola mola i innych cudów indonezyjskich. usprawiedliwiam się więc drugim końcem kija.

a na Gili przypływam z Lembongan. to też maleństwo. na mapie wygląda tak, jakby Bali było kurą a Lembongan jej jajkiem. jajko oddzielone jest SAM_3485od kury jedynie pół godziny szybką łódką motorową, ale to cały ocean różnicy. to nadal hinduistyczna Indonezja, podobnie jak na Bali ludzie zaczynają tu dzień od zjednania sobie duchów przez składanie ofiar z kwiatów i zapalania kadzideł. jako mała wyspa daje przyjemne poczucie bezpieczeństwa, o które trudno na większych lądach – wszyscy wszystkich znają, a potencjalny kryminalista daleko nie ucieknie. to, co jednak na tej wyspie szczególne, to balans pomiędzy zwykłym życiem a turystyką. to też ciekawa wyspa pod względem krajobrazowym. (te wyspy z wygaszacza są na dłuższą metę zwyczajnie nudne). jej linia brzegowa to częściowo lasy mangrowe, a częsciowo imponujące klify, gdzie godzinami można wpatrywać się w rozbijające się z impetem o skały fale. otaczające zatoczki są doskonałymi spotami nurkowymi, a do tego jeszcze dobre warunki surfowe. tak, Lembongan, zdecydowane tak dla tej wysepki.

DSCF1306 DSCN0083 DSCF1278

 

 

 

 

SAM_3234

 

 

 

 

co się robi kiedy już się spełni pragnienie, które nakręca życiowo? nie wiem, bo nigdy się go nie pozbawiam. nie udało mi się dopiąć planu i nie zostałam divemasterem. jeszcze nie. zdobyłam natomiast chlubny tytuł nurka ratownika i zachwycona tą przystawką, zostawiam sobie główne danie na potem. nie siedząc w klatce.

Potem pomyślał, czego mógłby chcieć Bill. Łatwo się było domyślić.
Bill- zwrócił się do niego Trout- ponieważ bardzo cię lubię i jestem bardzo ważną figurą w naszym wszechświecie, spełnię twoje trzy największe życzenia. – Mówiąc to otworzył drzwiczki klatki: Billowi nie starczyłoby na to i tysiąca lat.
Bill podleciał do okna i przywarł malutim ramionkiem do szyby. Tylko jedna warstwa szkła oddzielała go od wielkiego świata na zewnątrz. (…)
Teraz spełni się twoje drugie życzenie – powiedział Trout i znowu zrobił coś czego Bill nigdy nie potrafiłby dokonać. Otworzył okno. Ale otwarcie okna było dla papugi czymś tak przerażającym, że odleciała z powrotem do klatki i wskoczyła do środka.
Trout zamknął drzwiczki klatki na haczyk.
Najmądrzejszy użytek z trzech życzeń, o jakim słyszałem – powiedział do ptaka. – upewniłeś się, że pozostanie ci w życiu jakieś pragnienie: wydostać się z klatki.
(Śniadanie mistrzów, Vonnegut)

o krainie smoków, latających dywanów i bezsilnych urzędników

im mniejszy samolot, tymbardziej odczuwa się wagę sytuacji. ten telepie się i hałasuje w sposób, który uruchamia moją wyobraźnię katastroficzną. nie warto snuć wizji, kiedy za okienkiem rozciąga się turkusowo-zielony świat archipelagu Nussa Tenggara. tu wszystko wydaje się idealne.

ponieważ chcę zatrzymać się w Labuan Bajo na dłużej, proszę lokalesów z centrum nurkowego o pomoc w znalezieniu taniego pokoju do wynajęcia. telepię się więc znowu, tym razem po kocich łbach na motorze. mój nowy znajomy jest bardzo zdeterminowany, żeby mi pomóc. jeździmy po okolicach, wypytuje, ale wszystko zajęte. w końcu jest! barak typu trojak. jedna część wolna od zaraz. moi potencjalni sąsiedzi to wielodzietna lokalna rodzina. wchodzimy. przegniłe ściany, wilgoć, w kącie brudny, pozapadany materac jakby prosto ze śmietnika, żarówka na kablu. w kuchni palnik na butli z gazem. to jeszcze zobaczę łazienkę: toalety brak, jest dziura, jest też wąż do polewania się wodą. to ja jednak nie. ja jednak nie znam skromnego życia.

to znaczy, że nie jesteście tu po to, żeby umożliwiać turystom legalny pobyt, tylko po to, żeby stwarzać im problemy?
– tak, właściwie to masz rację. – przyznaje zdegustowany własną niemocą pracownik biura imigracyjnego w Labuan Bajo. placówka jest otwarta, a pracownicy zajmują się paleniem papierosów. system do przedłużania wiz jeszcze nie został uruchomiony. ale za to od czasu do czasu urządzają łapanki. od najbliższego biura imigracyjnego dzieli mnie 3-dniowa podróż lądem wgłąb wyspy Flores. wygooglowane opisy tamtejszej biurokracji stanowią zabawną lekturę, ale to nie na moje nerwy. oznacza to, że zanim wygaśnie wiza muszę wrócić na Bali. fuck.

you’ll be fine – mówi do mnie starszy lokalny hipis. długie siwe włosy, amulety, bródka, szmaciane spodnie. czekam w jadłodajni, aż podliczą mój rachunek. on siedzi przy stoliku, nawet nie zauważam kiedy mnie lustruje. patrzę pytająco. wyglądasz na zmartwioną, ale nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze- odpowiada, po czym wyjaśnia, że czyta z palców u stóp, a moje ewidentnie wskazują na pozytywny dalszy ciąg. kamień z serca.

decyduję się popłynąć w nurkowe safari. jeśli ma mi się objawić rzekomy cud świata, jakim wybrano ostatnio, jako jeden z siedmiu, Park

bKomodo to na pewno nie w Labuan Bajo. bo w Labuan Bajo, chociaż w oddali bajkowy krajobraz, patrzę na niego jak przez brudną szybę. tu jest syf. a jak jeszcze raz wykrzyknie ktoś transport, transport na mój widok, to nie ręczę za siebie.

dobijamy na wyspę Rinca, a tu czekają już na nas strażnicy smoków. przydałby im się miecz i zbroja, ale niestety mają tylko długie, ciężkie kije. na początku myślę, że robią  sobie jaja, kiedy z śmiertelną powagą przeprowadzają briefing spaceru po wyspie. potrwa on około 30-40 minut. nie wolno się rozdzielać, trzeba iść jeden za drugim, jeden strażnik na początku, drugi na końcu. absolutny zakaz zbaczania ze ścieżki. ruszamy. trudno się wyluzować patrząc na tych dwóch. oczy dookoła głowy, pełna gotowość do ucieczki (bo raczej nie walki). po 5 minutach jesteśmy na szczycie pagórka. foto, foto– proponują nam. a potem zawracamy.  hola, hola, na mapie widziałam wyraźnie, że mieliśmy zatoczyć pętlę. i tu nerwy im puszczają. poprzedniego dnia jeden z przewodników został niepostrzeżenie napadnięty przez smoka. przeżył, ale jest w szpitalu. jego krew wciąż wabi jaszczury z okolic. nie możemy iść dalej. strach i terror położyły cień na wyspie.

s

a te smoki rzeczywiście nie wydają się zbyt pieszczotliwe. na pierwszy rzut oka leniwe, leżą z wyciągniętymi cielskami. te, którym przyglądamy się z bezpiecznej odległości, mierzą około dwóch metrów. mają dziwnie skonstruowane stawy – kiedy chodzą biorą szerokie zamachy przednimi łapami. łapy palczaste, palce połączone błoną. nieustannie wywalają przed siebie bardzo długi, na końcu rozdwojony biały jęzor, próbując za jego pomocą zwęszyć ofiarę. ich życie mija na rozmyślaniu o jedzeniu, a ponieważ nie zadawalają ich roślinki, żeby zjeść, muszą zabić albo ukraść. ptaki, gryzonie, dzikie świnie, kozy, jelenie, a nawet bawoły to ich cel. nie mają poczucia humoru. zuchwałe małpy, które chcą się z nimi popsocić, często kończą marnie. nie szanują też prywatności terenu, włażą na werandy małych chatek strażników, żądają ich jedzenia. strażnicy smoków opowiadają liczne historie o tych stworzeniach, które będąc ich oprawcami i zmorami jednocześnie są pracodawcami.

kiedy pierwszy raz zauważa się przecinającą powierzchnię wody płetwę, w tej samej sekundzie pojawia się dreszcz strachu i podniecenia – rekin. i motyw muzyczny ze “Szczęk”. ale to coś dużo bardziej baśniowego niż amerykański thriller. to podwodny latający dywan czyli manta ray. zupełnie inaczej przebiega konfrontacja pod wodą. widać je z daleka, a wrażenie, które robią sprawia, że nieświadomie biorę głęboki oddech, który zaczyna wynosić mnie na powierzchnię. kiedy już robię ze sobą porządek i opanowuję oddech, jest zdecydowanie bliżej, co znowu nieuniknienie unosi mnie w górę. rozpiętość skrzydeł latającego dywanu to około 4 metry. nie wiem o co chodzi z ich oczami, jak nazwać to coś na czym umiejscowione jest z dala od siebie każde z nich. każdy dywan ma jedyny, niepowtarzalny wzór. latają wokół nas i dumnie je prezentują. a ja próbuję się nie unosić.

Photo 21-02-13 10 30 55 (1)Photo 21-02-13 10 30 48

spędzam pod wodami Komodo długie godziny, które obfitują w zadziwiające konfrontacje. frog fish na przykład wygląda jak ryba zaklęta w skałę. to stworzenie wyjątkowo opieszałe i leniwe, a żeby przeżyć w tej podwodnej dżungli posługuje się swoim jedynym atrybutem – kamuflażem. absolutnymi mistrzami tej sztuki są też kraby, które dekorują się tu w niewiarygodny sposób.

chociaż nie brakuje dużych stworzeń, najwięcej rozgrywa się tu w skali mikro. szczególnie w nocy oświetlanie rafy latarką i zaglądanie w jej szpary sprawia, że czuję się jak olbrzym w krainie miniaturowych stworów. małe rybki, krewetki, kraby i homary nie spodziewają się niczego dobrego po nocnych najściach. chowają się najgłębiej jak się da i patrzą w niepewnym oczekiwaniu czy oto nadszedł ich kres. szczególnie urocze w tym przestrachu są rodziny rybek nemo mieszkających pomiędzy mackami miękkich ukwiałów.f

Photo 21-02-13 10 30 09

n

 

 

 

Photo 21-02-13 10 30 25

 

 

 

 

 

 

 

na powierzchni parku Komodo, dużo spokojniej. cisza.

dookoła liczne bezludne wyspy. piękne widowisko urządza orzeł, który poluje na ryby tuż obok naszej łodzi. na plażę obok której stacjonujemy przez pełny dzień przychodzą dzikie świnie i sarny, głównym jednak jej mieszkańcem i strażnikiem dostępu na wyspę są smoki. czasami widać też ich wyprężone kontury na ostrych zboczach górzystych wysp, ale to już moja wyobraźnia.

witajcie w mojej bajce!

k